Przejdź do treści

Zaułek niewiernego Tomasza

Zastanawiałam się chwilę, czy odnosić się do tekstu opublikowanego na oko.press (https://oko.press/7-toksycznych-tresci-wychowania-katolickiego-krzywda-ktora-boli-tak-ze-rozpieprza-od-srodka/?utm_medium=Social&utm_source=Facebook&fbclid=IwAR17byb_URGVLvgpYusB-lLtfAXkw3FKiPFmAlc1yOZNqN2fdtISG94Fa0w#Echobox=1605371246), który zawiera zbiór wyrzutów poczynionych chrześcijaństwu. Zdecydowałam się zabrać głos. Na początku pragnę zaznaczyć, że przyjmuję i rozumiem ból i cierpienie, które opisuje autorka tekstu. Co więcej, dodam, że każdy, kto spotkał się z takim przekazem, jaki ona opisuje, najprawdopodobniej czułby dokładnie to samo. Ból ma prawo „rozpieprzać od środka„. Tekst ten nie będzie więc polemiką z autorką i jej uczuciami, a z treściami, które te uczucia wywołały. Treściami, które NIE SĄ katolickie i nie powinny znaleźć się w przekazie katolickiego nauczania. Dziś odniosę się do 2 wątków: relacji do ciała oraz rzekomej pochwały cierpiętnictwa.

Treści, które autorka prezentuje, jako nauczanie katolickie, twierdząc, iż „to nie dewiacja, w którą wpadł główny nurt Kościoła, ale porządek wprost wynikający z dogmatów„, tak naprawdę NIE SĄ nauczaniem katolickim i NIE SĄ prezentowane przez główny nurt Kościoła. Od tego trzeba zacząć i taką konwencję przyjmuję w swojej wypowiedzi. Najpierw przedstawię argumenty przeciwko stanowisku, że „tak naucza Kościół katolicki”, starając się pokazać, co naucza naprawdę. W drugiej części tekstu, przedstawię swoje uwagi, głównie skierowane do katolickich kapłanów, liderów wspólnot, dziennikarzy i autorów. Pewnie gorzkie uwagi, ale płynące z miłości do Kościoła i jego nauki. Pragnę też zaznaczyć, że ten wpis jest polemiką, ale polemiką publicystyczną, a nie naukową. Dlatego nie będę siała przypisami, ograniczę się do ogólnych odwołań i niewielu cytatów.

Przechodząc do meritum: relacja do ciała. Autorka pisze: „źródłem największego zła i nieczystości jest twoje własne ciało. Ten niepokój i obrzydzenie zostaje w wyuczonych odruchach na lata„. Nie neguję, że rzeczywiście otrzymując taki skrzywiony przekaz, jaki opisuje, można mieć na całe lata materiał do pracy podczas psychoterapii. W tym miejscu muszę jednak stanowczo zaprzeczyć, że Kościół katolicki uważa ludzkie ciało za największe zło i nieczystość. Jest to tak piramidalna bzdura, że podkopuje same fundamenty chrześcijaństwa! Chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus był prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Że był (ba! jest, bo z ciałem przebywa w chwale Ojca) do nas podobny WE WSZYSTKIM oprócz grzechu. Jezus Chrystus był normalnym, prawdziwym mężczyzną. Nie różnił się niczym od mężczyzn swojej epoki, poza tym, że nigdy nie popełnił żadnego grzechu. A zatem, to nie ciało jest złe samo w sobie, bo nasz Bóg, Bóg chrześcijan ma ciało! Jest to w porównaniu z innymi religiami coś niepojętego i skandalicznego. Bóg, byt transcendenty, Stwórca, przyjmujący ludzkie ciało, to stwierdzenie do dzisiaj szokujące i postrzegane jako bluźnierstwo np w islamie. Chrześcijaństwo, głosząc, że Syn Boży, druga Osoba Trójcy Świętej, MA (powtarzam, nadal MA) ludzkie ciało, obecnie przemienione po zmartwychwstaniu, ale TO SAMO ciało, które miał na ziemi, afirmuje cielesność. Inkarnacja Logosu to coś zupełnie innego, niż bycie pół-bogiem, spotykane w wielu starożytnych religiach. Chrześcijaństwo uczy też, że wszyscy zmartwychwstaniemy. Nasze ciała będą miały udział w chwale zbawienia.

Kościół katolicki nie głosi również, że seksualność człowieka jest czymś złym, brudnym i nieczystym. Nie głosi, że odczuwanie popędu seksulanego jest nieczystością. Nie głosi, że ideałem jest nieodczuwanie jakichkolwiek potrzeb seksualnych. Nie! Kościół katolicki mówi tylko, że jedynym godziwym miejscem świadomego i dobrowolnego przeżywania doznania seksualnego i realizacji ludzkiej seksualności, w całym jej pięknie i bogactwie, jest sakramentalny związek małżeński mężczyzny i kobiety, otwarty na życie (ewentualnie w przypadku pogan, dozgonny monogamiczny związek mężczyzny i kobiety – tzw. małżeństwo naturalne). Tyle, tylko tyle i aż tyle. Grzechy w dziedzinie seksulanej nie są ani „w absolutnym centrum nauk moralnych Kościoła„, jak twierdzi autorka, ani nie są uważane za najcięższe. Co więcej, Katechizm Kościoła Katolickiego np w punktach 2343, czy 2352 lub 2355, wyraźnie stwierdza, że po pierwsze zachowywanie tego przykazania nie jest czymś najłatwiejszym, że często nauczenie się czystości, wiąże się z przechodzeniem etapów naznaczonych niedoskonałością i grzechem, jak też nawet, że niektóre grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu, w indywidualnych przypadkach, nie zawsze powodują zaciągnięcie ciężkiej winy. Sam św. Tomasz z Akwinu, twierdził, że: „Im większa przyczyna grzechu, tym gwałtowniej podnieca do grzechu i dlatego tym trudniej jej się oprzeć. Lecz im trudniej oprzeć się, tym mniejszy grzech, gdyż ten jest następstwem słabości grzesznika, a tym samym staje się lżejszy. A więc ciężkość grzechów nie zależy od ich przyczyn. 2. Pożądliwość jest ogólną przyczyną grzechów. Dlatego Glossa do słów (Rzym 7, 7): „Bo bym nie znał pożądliwości” dodaje że dobre jest prawo, które powstrzymując żądzę, powstrzymuje zło89). Im większa zaś jest żądza, która zwycięża człowieka, tym mniejszy jest grzech. A więc wielkość przyczyny zmniejsza ciężkość
grzechu. (…) Jeśli przez pożądliwość rozumie się także działanie woli, wówczas im większa pożądliwość, tym większy grzech. Jeśli natomiast przez pożądliwość rozumie się pewne uczucie, będące przejawem siły pożądliwej, wówczas im większa pożądliwość, uprzedzająca sąd rozumu i działanie woli, tym mniejszy jest grzech, gdyż kto grzeszy podniecony większą pożądliwością, ten upada na skutek cięższej pokusy i dlatego czyn jego jest mniej poczytalny. Jeśli jednak tego rodzaju pożądliwość jest następstwem sądu rozumu i działania woli, wtedy im większa jest pożądliwość, tym większy jest grzech. Wówczas bowiem budzi się większy odruch pożądliwości dlatego, że wola w sposób nieokiełzany dąży do swego przedmiotu” (Summa teologiczna, tom 12. O wadach i grzechach, rozdział 6). Tomasz pisze również, powtarzając za św. Grzegorzem, że grzechy cielesne mają mniejszą winę, niż grzechy duchowe, choć bardziej zniesławiają (tamże, rozdział 5). Przedstawianie zatem VI przykazania jako pierwszego i najważniejszego, NIE JEST nauczaniem Kościoła. Nie oznacza to, że w tej dziedzinie nie ma grzechów, czy nie ma grzechów ciężkich. Są, bo przykazanie to jest całe materią ciężką. Ale co do reszty – trzeba dobrze znać Katechizm, nie pobłażać sobie ale i nie wypaczać nauki Kościoła w drugą stronę.

Kończąc temat seksulaności, pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Kościół w pierwszych wiekach zmagał się z licznymi herezjami, w tym z herezją gnostycką. Jedna z odmian gnozy, charakteryzowała się niezwykłą surowością wobec ciała, potępiała związki małżeńskie itp. Echo tej sytuacji odnajdujemy nie tylko w pismach Ojców Kościoła, ale także w 1 Liście św. Pawła Apostoła do Tymoteusza: „Duch zaś otwarcie mówi, że w czasach ostatnich niektórzy odpadną od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczym i ku naukom demonów. [Stanie się to] przez takich, którzy obłudnie kłamią, mają własne sumienie napiętnowane. Zabraniają oni wchodzić w związki małżeńskie, [nakazują] powstrzymywać się od pokarmów, które Bóg stworzył, aby je przyjmowali z dziękczynieniem wierzący i ci, którzy poznali prawdę. Ponieważ wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre, i niczego, co jest spożywane z dziękczynieniem, nie należy odrzucać (1 Tm 4, 1-4)”. To chrześcijaństwo stawało w opozycji wobec wielu prądów świata starożytnego, zwłaszcza gnozy, broniąc małżeństwa, godności ludzkiego ciała i walcząc z przekonaniem, że seksulaność małżonków jest nieczysta. W późniejszych wiekach, Kościół katolicki konsekwentnie odrzucał np sekty kastratów. Twierdzić, że chrześcijaństwo jest organicznie związane z potępieniem dla ciała i seksulaności, to po prostu mijać się z prawdą, zarówno obecnego jak i dawnego nauczania Kościoła. Chociaż u cytowanego Tomasza z Akwinu, można też znaleźć twierdzenia, jakoby akt małżeński łączył się z popełnieniem grzechu powszedniego, należy zaznaczyć, że Tomasz jako taki nie stanowi sam w sobie nauki Kościoła. Tomasz nie uznawał np Niepokalanego Poczęcia Maryi i dopóki nie było ono ogłoszone dogmatem, miał do tego prawo: była to opinia teologiczna. Twierdzenie jakoby akt małżeński zawsze zawierał w sobie choć niewielki grzech, nie znajduje potwierdzenia w Tradycji Kościoła, nie jest opinią, którą głoszono zawsze i wszędzie, a więc także był po prostu opinią samego Tomasza. Zainteresowanych szerzej tematyką rozwoju doktryny chrześcijańskiej, odsyłam do książki bł. kard. Newmana „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej”. Z obecnego nauczania Kościoła warto zapoznać się z teologią ciała. Nie znajdziemy tam tez przedstawianych przez autorkę. Nauka cnoty czystości, nie oznacza odrzucenia czy negacji ludzkiej seksualności, ani pogardy dla siebie, ale drogę ku zintegrowaniu seksualności z pozostałymi obszarami naszego człowieczeństwa. Celem jest panowanie nad sobą, by móc sobą w wolny sposób rozporządzać w darze dla drugiego, czy to w małżeństwie czy rezygnując z niego i kierując siły związane z seksualnością na inne rodzaje daru z siebie, a nie pozbycie się seksualności.

Teraz krótko o cierpiętnictwie i umartwieniu. Nie jest prawdą, że chrześcijaństwo głosi, że cierpienie to najwyższa wartość. Jedynie wskazuje na to, że cierpienia uniknąć się nie da, a przyjęte i ofiarowane za innych, oddawane Bogu, może stać się rzeczywistością owocną. A przynajmniej dzięki temu możemy przestać się miotać przeciw cierpieniu. A akceptacja zastanej sytuacji i nadawanie jej sensu, niekiedy wbrew wszystkiemu, nie jest szkodliwa dla ludzkiej psychiki. Przeciwnie, jest częścią rozwoju osobistego i osiągania dojrzałości. Interesuje mnie też, czy autorka zna nauki innych religii na temat umartwienia i ascezy? Czy hinduizm i buddyzm kojarzy się jej jedynie z ahimsą, czy też ma świadomość nauk na temat potrzeby wyzbycia się pragnień i wyrwania z kręgu, nomen omen, wcieleń właśnie. Hinduizm i buddyzm zawiera nurty bliskie gnozie, przynajmniej w niektórych swoich odmianach. Może wrócę jeszcze do tego wątku przy innej okazji.

Teraz kilka gorzkich słów dla nas, katolików, zwłaszcza dla katolików odpowiedzialnych za formację. Artykuł z oko.press pokazuje, co niektórzy ludzie myślą, że Kościół naucza. A myślą tak, bo albo nie spotkali się z nauką Kościoła, albo co gorsza, spotkali się z jej wypaczeniami. A te wypaczenia popłynęły z naszych ust: na lekcjach religii, na ambonie, w konfesjonale, w katolickich mediach. Jak więc nie dopuścić do takich sytuacji w przyszłości i co zrobić, aby uświadomić ludzi, że Kościół naucza inaczej?

  1. Przekazywać młodym ludziom historię Kościoła, pokazywać rozwój jego nauki – pomoże to po pierwsze zakorzenić się w tym, co najważniejsze, a po drugie unikniemy wielu rozmaitych problemów, których dziś doświadczami – a to spory o Komunię na rękę, a to dyskusje, czy Kościół może zmienić coś w liturgii i dziesiątki innych kwestii.
  2. Opierać nauczanie na Katechizmie Kościoła Katolickiego, a nie na wyrwanych z kontekstu cytatach ze świętych, objawieniach prywatnych, opiniach egzorcystów czy znanych księży. KKK najczęściej kurzy się na półkach, zamiast być PODSTAWĄ naszego nauczania.
  3. Unikać ogólnych stwierdzeń i ocen, zwłaszcza gdy mówimy do grona osób, których sytuacji życiowej, zranień, historii, wykształcenia i wiedzy, po prostu nie znamy – na kazaniu, podczas przypadkowej rozmowy w konfesjonale itp. Zwłaszcza podczas przypadkowej spowiedzi, kiedy nie znamy dobrze penitenta od strony jego życia wewnętrznego i historii osobistej, kilkoma nierozważnymi stwierdzeniami, możemy go zranić. Wiem to doskonale, bo też się z takimi sytuacjami niestety spotkałam, że usłyszałam w konfesjonale raniące słowa, choć, dzięki Bogu rzadko. Szczególnie może odcisnąć to piętno na młodym człowieku. Nieważne czego te słowa dotyczą. A jeśli dotyczyć będą sfery seksualnej, mogą boleć podwójnie. Bez prawidłowego przejścia tego etapu rozwojowego, który przypomina bardziej wspinanie się szczebel po szczebelku jak po drabinie, niż skok w dal, osoba może zostać zraniona, a jej osobowość skrzywiona. W przyszłości wymaga to korekty na psychoterapii i w dobrym kierownictwie duchowym. Może utrudnić budowanie relacji i założenie rodziny. Dokładnie tak samo, jak tego typu zranienia wyniesione z domu rodzinnego, środowiska rówieśniczego czy szkoły. To uwzględnianie etapu, osobistej dojrzałości, historii, to właśnie chyba duchowe towarzyszenie, o którym tak wiele mówi papież Franciszek. Opieranie się np na prywatnych objawieniach i rzucanie stwierdzeń, że „najwięcej ludzi idzie do piekła z powodu grzechów nieczystych” (myślę, że są dosyć częste, więc całkiem możliwe, w końcu każdy grzech ciężki może nas do piekła zaprowadzić, a im częstszy statystycznie, tym więcej osób i tak broni się i objawienie i św. Tomasz, ale młody człowiek może to zrozumieć zgoła inaczej, zwłaszcza gdy zapominamy o subtelnych rozróżnieniach i wszystko ląduje w jednym worku) albo wymaganie od młodego człowieka, by zobowiązał się do radykalnej i całkowitej zmiany życia, co może on odebrać jako wymaganie „ślubu”, „przysięgi”, że już nigdy więcej nie popełni jakiegoś grzechu, może zranić. Może wykrzywić obraz Boga, Kościoła i sakramentów. Postanowienie poprawy to coś innego niż zaciśnięcie zębów i powiedzenie „już nigdy więcej” i doskonale o tym wiemy. Nawet jeśli mamy dobre intencje, rzucanie różnymi skrótami myślowymi na prawo i lewo, może przynieść ogromną szkodę w duszy młodej osoby, która ma prawo nie znać jeszcze dobrze nauczania Kościoła. Wrażliwa osoba może nawet zacząć chorować na nerwicę, czy inne zaburzenia psychiczne. Trzeba być tu bardzo ostrożnym, zwłaszcza, że nie kto inny jak o. Meissner, zwracał uwagę na to, czym się może skończyć nieprawidłowy rozwój w dziedzinie psycho-seksulanej. Zarówno ten spod hasła „hulaj dusza, piekła nie ma”, jak i „diabeł czai się tuż za rogiem”. Zaburzenia odżywiania, na przykład, często mają podłoże nerwicy seksualnej. Niewłaściwe przekonania na temat małżeństwa, rodziny i seksualności mogą utrudnić normalne, niezaburzone realizowanie seksualności w małżeństwie. I to nie nauczanie Kościoła jest temu winne, tylko wypaczony przekaz, trafiający na delikatny grunt. Podobnie raniące, choć w innym wymiarze, jest arbitralne twierdzenie, że ktoś z pewnością nie popełnił grzechu ciężkiego i może sobie jakby nigdy nic chodzić do Komunii. Stwierdzenie powiedziane do przypadkowo spotkanego penitenta. No nie! To jest nieodpowiedzialne! Może na lata zatrzymać w rozwoju osobowości młodego człowieka. A ksiądz musi się liczyć z odpowiedzialnością za świętokradcze Komunie.
  4. Mieć ciągłą świadomość własnych zranień i uczuć – pomoże to uniknąć emocjonalnych reakcji, które mogą zranić drugą osobę. To, że czyjeś wyznanie grzechów budzi we mnie różnorodne emocje, nie upoważania mnie do bezmyślnego ich wyrażania. Jak mówi Katechizm, kapłan jest sługą, a nie panem Bożego przebaczenia.
  5. Nawiązać dialog z naukami humanistycznymi i przyrodniczymi w o wiele większym zakresie. Dać młodym ludziom przestrzeń do wyrażenia swoich obaw, lęków, pytań, wątpliwości. Tworzyć atmosferę zaufania. Być kimś, do kogo można przyjść z absolutnie KAŻDYM pytaniem i problemem. Kimś, kto wysłucha, doradzi. A kiedy nie będzie wiedział i umiał doradzić, powie to szczerze, umówi się na inny dzień, w międzyczasie pogłębi temat itp itd. Nie możemy mieć tematów tabu. Nie możemy budować muru i wywoływać w młodych ludziach odczucia „nie wypada o to pytać„, „to wstyd„, albo „boję się zapytać, bo na mnie nakrzyczy„. Dać przestrzeń spotkania, zaprosić do zaułka niewiernego Tomasza, jak pięknie mówi ks. Grzywocz w tej homilii: https://www.youtube.com/watch?v=oTR0nL8TDlA To już nie pora na uciekanie od tematów, unikanie, bo się boimy, bo sami mamy je czasami nieprzepracowane. W przeciwnym razie, będziemy 3 kroki do tyłu i powtórzy się problem z czasów Galileusza i Kopernika. A przecież między nauką a wiarą nie ma sprzeczności, bo ten sam stworzył świat materialny, który stworzył duszę! Jeśli są sprzeczności to tylko pozorne: bo albo nie dość dobrze rozumiemy Objawienie, albo nie dość dobrze prowadzimy refleksję naukową. Trzeciej drogi nie ma. Trzeba też w tym miejscu brać ogromną odpowiedzialność za swoje słowa, tak aby niechcący nie zgorszyć młodego człowieka. Towarzyszyć, dawać przestrzeń na pytania i wątpliwości, to nie oznacza, samemu się spowiadać przed młodzieżą.

Może jeszcze wrócę do tematu. Tyle refleksji na dziś. Oby były owocne i pomogły komuś. Płyną one z własnej obserwacji, własnych doświadczeń i rozmów z innymi osobami. To, że autorka artykułu poznała takie pseudo-chrześcijaństwo, to albo w większości, albo jedynie nasza, a nie jej wina. Dlatego musimy wziąć się do roboty. Ad maiorem Dei gloriam!

 

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *