Przejdź do treści

Doping i połajanki

Zwykły szkolny turniej piłki nożnej. Drużyny złożone z uczniów jednej i drugiej klasy. Wśród nich 2-3 wybitnych sportowców, 2-3 chłopaków, którym ze sportem zupełnie nie po drodze i przeważająca większość przeciętnych, zwyczajnych uczniów. Na trybunach dziewczynki kibicujące swoim kolegom. Jedna klasa przegrywa. Dziewczynki z tej klasy nie poddają się w dopingowaniu kolegów. Mecz zbliża się ku końcowi, ale one ciągle niestrudzenie krzyczą, śpiewają i zagrzewają ich do walki. Jeden z chłopców upadł na murawę, ale jakby resztką sił, widząc dogodną sytuację, z twarzą skrzywioną grymasem bólu, z zaciśniętymi wargami i łzami w oczach wstaje i biegnie, wykorzystując to, że w pobliżu jest tylko bramkarz i jeden obrońca przeciwnej drużyny. To tylko kilka metrów. Ryzykuje. Uderza nogą z całej siły. Gol! Remis! Chłopak leży na murawie załzawiony i zwija się z bólu. Musi zejść z boiska. Zostało jeszcze 5 minut. Dziewczynki krzyczą coraz głośniej. Nadzieja granicząca niemal z pewnością. Wygramy! To, co było niemożliwe jeszcze kilka minut temu, teraz staje się realne, wykonalne. Kilka akcji i tak… wydarza się cud. Chłopcy, którzy przegrywają, którzy jeszcze kwadrans temu biegali po boisku ze spuszczonymi głowami, triumfują. Kolejny gol i gwizdek sędziego. Dziewczynki oszalały z radości. Chłopcy skaczą i tańczą na boisku. Gdy emocje opadły, kapitan wygranej drużyny ze łzami radości w oczach, dziękuje koleżankom: Gdyby nie wy, gdyby nie wasza wiara w nas i wasz doping, nie wygralibyśmy tego meczu. Nie mieliśmy już sił. Nie wierzyliśmy w to, że może się udać. W sumie to w pewnej chwili miałem ochotę poddać się bez walki. Przecież do końca meczu był kwadrans. Ale wy dałyście nam siłę, nie zrezygnowałyście z nas, do końca. Nasze zwycięstwo jest także waszym zwycięstwem!

Coraz wyraźniej widzę dwa style duszpasterskie w polskim Kościele. O Kościele na zachód od Odry pisać tu nie będę, bo on ma swoje błędy, inne od naszych, równie, a może jeszcze bardziej smutne. Szkoda jednak zajmować się śmieciami na podwórku sąsiada, zanim nie uprzątnie się własnych. A na naszym podwórku widzę styl, który mogę nazwać jak najbardziej ortodoksyjnym – styl dopingu. I drugi, niestety także częsty – styl połajanki.

Jak potoczyłby się opisany wyżej mecz, gdyby dziewczynki zamiast dopingować swoich kolegów i zagrzewać ich do walki, zaczęły krzyczeć pod ich adresem poniżające hasła, wyć i buczeć? Czy chłopcy mieliby ochotę na wysiłek, kiedy nawet „swoi” w nich zwątpili? Czy komukolwiek chce się walczyć, gdy nikt w niego nie wierzy? Czy chce się robić cokolwiek, jeśli niemożliwym jest od zawsze być doskonałym, idealnym, perfekcyjnym, a za najmniejsze potknięcie usłyszy się połajankę? Myślę, że to retoryczne pytania, a odpowiedź na nie, jest oczywista.

Nie rozumiem, jaki jest cel duszpasterski połajanek. Co chce osiągnąć kapłan, gdy krzyczy na penitenta? Gdy nie chce zadać sobie trudu poznania jego życia. Czasami nie ma na to możliwości, bo ten jest dla niego zupełnie anonimowy. Jeśli jednak nie znam tej osoby po drugiej stronie kratek konfesjonału, czy tym bardziej nie powinienem być ostrożny? A jeśli znam, może jednak nie znam do głębi, a tylko z pozorów, z widzenia? Zawsze zastanawiają mnie owoce. Jakie są owoce połajanek? Ile osób połajanki nawróciły? Czy komuś bardziej się po nich chciało walczyć o swoją świętość? A jeśli tak, to na jak długo? Myślę też, z czego połajanki wynikają. Po części z lęku, że jeśli będę ufał, że drugi naprawdę ma dobrą wolę, ktoś może przestać się starać i osiąść na laurach. Może tak być. Ale według mnie zdarza się to nie tak często, a nawet jeśli…przecież Boga nie można oszukać. Daremny to trud. Cóż ze zgrywania się i udawania, kiedy On zna nasze serca. Współczuć trzeba ludziom, którzy mają postawę nieuczciwości, klękając u kratek konfesjonału.

Dostrzegam jednak w połajankach także drugą przyczynę – echo pelagianizmu. Jeśli życie zgodne z przykazaniami Bożymi jest tak proste dla ludzkiej natury, to czym staje się łaska? A jeśli na kogoś krzyczę, to widocznie uważam, że to takie proste… Czym staje się łaska? Tylko małym, drobnym dodatkiem? Jeśli o własnych siłach możemy stać się świętymi, czy to nie umniejsza wartości dziełu Chrystusa?

A Kościół ustami ojców Soboru Trydenckiego w dekrecie o usprawiedliwieniu mówi: Kan. 2. „Jeśliby ktoś twierdził, że łaska Boża przez Jezusa Chrystusa na to jest tylko dana, aby człowiek łatwiej mógł sprawiedliwie żyć i mógł na życie wieczne zasłużyć, jak gdyby wolną wolą bez łaski jedno i drugie, choćby nawet z wielkim trudem mógł wysłużyć, niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych”. Człowiek nie jest w stanie bez łaski Bożej, samą swoją wolą, nawet gdyby stanął na głowie i zrobił fikołka, wysłużyć sobie zbawienie. Ale to nie tylko o wieczne zbawienie się rozchodzi. Spójrzmy na kanon 22: „Jeśliby ktoś twierdził, że usprawiedliwiony albo może wytrwać w otrzymanej sprawiedliwości bez specjalnej pomocy Bożej, albo że z nią nie może wytrwać – niech będzie wyłączony ze społeczności wiernych”. Nie da się wytrwać w świętości, wytrwać w wierności przykazaniom Bożym bez specjalnej Bożej pomocy. Oczywiście, że Bóg udziela jej każdemu, a my z niej nie zawsze korzystamy. Ale to nie tak, że „siłą własnych muskułów” z triumfem obniesiemy Mojżeszowe tablice, krzycząc: „zachowałem”! Kto ma takie wyobrażenie o życiu duchowym… albo dopiero jest na jego początku i zżera go gorliwość neofity, którą niedługo Pan Bóg oczyści, dopuszczając poznanie tego, do czego sam jest zdolny. Albo chlubi się tym, co otrzymał (na przykład łatwość zachowywania jakiejś cnoty lub szczególną Bożą pomoc). Jedno i drugie jest, nawet jeśli czynione z dobrych intencji, skażone pychą.

Połajanki czynione z nieznajomości mogą boleć podwójnie. Chłopiec, który zdobył gola na remis z mojej historyjki, zrobił to, będąc kontuzjowanym, ze łzami w oczach i ostatkiem sił. To on jest bohaterem i prawdziwym herosem. Jego gol ma większą wartość niż gol zupełnie zdrowego, niekontuzjowanego zawodnika. Czy gdyby w tej chwili nie trafił do celu, byłby ciamajdą, leniem, niezdarą? Bynajmniej. Nadziwić się nie mogę, jak łatwo przychodzi niektórym ocena bliźniego. Czy tym świeckim, czy duchownym.

Ale są też dobrzy wychowawcy, kierownicy duchowi, kapłani, liderzy i rodzice, którzy dopingują swoich podopiecznych. Którzy mówią im „wierzę w ciebie, dasz rady”, „teraz ci nie wyszło, ale zobacz ile razy już ci wyszło”, „uda się, masz szansę”, „uwierz, że z Bożą pomocą i wiarą możesz przenosić góry”. A jeśli mi się nie uda, będą pomagać w rozpoznaniu przyczyn – tych najgłębszych. I pracy nad nimi. Dziękuję Bogu codziennie, że spotykam na swojej drodze także takich kapłanów. To ich praca wydaje w moim życiu duchowym realne owoce. Połajanki wcale nie sprzyjają rozwojowi. Mogą, co najwyżej prowadzić do usuwania ze strachu przed połajanką skutków, bez poznania przyczyn. W dodatku usuwania tych skutków nieraz metodami niewłaściwymi, czy niemoralnymi. A takie działanie, wcześniej czy później, ostatecznie jest nieefektywne. Cel – dojrzałość w wierze i pójściu za Chrystusem, internalizacja norm moralnych, nadal pozostaje odległy. To trochę jak dzień po dniu zażywać ibuprofen, zamiast zastanowić się nad przyczyną codziennego bólu głowy. W trakcie takiej terapii pacjent może umrzeć na raka, nieświadomy swojego stanu zdrowia.

To takie proste – odciąć sobie czy drugiemu rękę, wyłupać oko, zatkać uszy, czy zamieszkać w całkowitym odosobnieniu, w wolności od wszelkich pokus. Zapewnić sobie życie sterylne i w drodze inercji osiągnąć świętość. A jednak Kościół nigdy nie pozwalał brać niektórych fragmentów Ewangelii dosłownie. A jednak „któż poddany pod tym względem próbie został doskonały? Poczytane mu to będzie za chlubę. Kto mógł zgrzeszyć, a nie zgrzeszył,uczynić źle, a nie uczynił” (Syr 31, 10)? Nie ma świętości w alienacji. Świętość nie polega na braku pokus. Tak, trzeba unikać bliskich okazji do grzechu. Ale to zupełnie co innego niż unikanie życia lub niszczenie życia w sobie.

Kto ze świętości robi naturalną konsekwencję życia, stan, o który starać się nie trzeba, który nie wymaga walki i wysiłku, może krzyczeć na innych, że owego stanu nie osiągnęli. A jednak Kościół mówi, co innego: „Całej historii ludzkości towarzyszy bowiem ostra walka przeciwko mocom ciemności, która rozpocząwszy się na początku świata, będzie trwała, jak mówi Pan, aż po dzień ostatni. Wplątany w nią człowiek powinien stale walczyć o wytrwanie w dobru; a tylko z wielkim trudem, jedynie z pomocą łaski Bożej, jest zdolny osiągnąć jedność w sobie samym” (KKK 408). Błogosławieni realiści, ojcowie pustyni… Zaprawieni w boju, zawsze wymagający od samych siebie i od innych. Ale jakże miłosierni dla wad, upadków i błędów innych! To się nie wyklucza!

Jezus sporządzał bicz ze sznurków i nie wahał się użyć ostrych słów. Nie wiedzieć jednak czemu, nie czynił tego ani wobec Zacheusza, ani kobiety pochwyconej na cudzołóstwie, ani tej, która prowadziła w mieście życie grzeszne. Kiedy spotkał się z Piotrem, nie wypominał mu trzykrotnego zaparcia się. Zapytał – czy kochasz mnie? Mateuszowi i jego przyjaciołom – celnikom i grzesznikom, nie zrobił litanii pouczeń, tylko przyszedł do nich na posiłek. Jezus wiedział, że łajać trzeba nie tyle grzeszników, co obłudników i cyników. Ludzi dwulicowych, nieuczciwych przed Bogiem i innymi. Nimi trzeba wstrząsnąć. I umiał odróżniać jednych od drugich – słabych od cwaniaczków.

Wymagać, dodając otuchy. Dopingować, zachęcać, wierzyć. Ufać i trzymać kciuki. Cieszyć się zwycięstwami, ocierać łzy po porażkach, dawać dobre rady, wskazówki, co i jak można jeszcze poprawić, by osiągnąć cel. Tak wychowuje się mistrzów świata. Tak robi dobry trener. Tak kształtują się święci. Może dlatego św. Paweł tak często używał w swoich listach sportowych porównań?

3 komentarze

  1. Ppp Ppp

    Ciekawa analiza, myślę jednak, że „połajanki”, albo po prostu wyżywanie się na penitentach ma ZAWSZE dwie podstawowe przyczyny: poczucie władzy i poczucie bezkarności.
    Wszystkie pozostałe są tylko dodatkami.
    Świat się jednak zmienia. Kiedyś ludzie brali połajanki do serca. W latach 90-tych się nie odzywali, tylko myśleli i robili swoje, po cichu ignorując zdanie księży. Dzisiaj ksiądz może usłyszeć, że ma „wyp*******ć”.
    Kto tego nie zauważył i nadal „drze mordę”, sam poniesie konsekwencje – i słusznie.
    Pozdrawiam.

    • podterebintem podterebintem

      Hmmm, problem jest jednak taki, że, jak mniemam, wśród krzyczących „wyp…….ć” liczba osób zranionych połajanką w Kościele nie stanowiła większości, a przynajmniej nie taki był bezpośredni powód tych okrzyków. Domniemuję, że większość oczekiwała zmiany nauczania Kościoła, z którym od dawna im nie po drodze. Bo jakoś ciężko mi uwierzyć, by tak się wyrażać we wspomnianej sytuacji. Połajanki mogą skutkować zablokowaniem się i nie korzystaniem z sakramentu pokuty przez długie lata i to jest ogromny problem, który warto uświadamiać spowiednikom, kaznodziejom i katechetom. Nie sądzę jednak, by miały powszechny związek ze zjawiskiem przez Pana opisywanym.

      Oddzielnym zagadnieniem jest to, że nauczanie Kościoła dla wielu osób jest niezrozumiałe, bo jest źle lub wcale nie tłumaczone. Ludzie są przekonani, że „tak jest, bo tak jest i kropka” i że Kościół nie ma żadnych argumentów dla swojego stanowiska. Podczas gdy bardzo wiele kwestii można wytłumaczyć, bo te argumenty są. Ale żeby je podać, trzeba wpierw pozwolić zadać pytania lub podzielić się wątpliwościami, a nawet wypowiedzieć swoją złość wynikającą z niezrozumienia. Myślę, że za mało jest na to przestrzeni. A chociażby katechezy w szkole, dla bierzmowanych, duszpasterstwa czy kierownictwo duchowe, to miejsca na to. I chwała Bogu, że są księża, którzy to rozumieją i dają tę przestrzeń. Oby było ich więcej. W tym się z Panem zgadzam, że dobre intencje to nie wszystko i naprawdę sposobem odnoszenia się do drugiego człowieka, można kogoś odepchnąć od Kościoła. Tyle ostatnio mówi o tym papież Franciszek, ale też niedawno czytałam: https://pl.aleteia.org/2021/05/27/bp-galbas-do-duchownych-ludzie-skarza-sie-ze-boja-sie-pojsc-do-kancelarii-bo-spotkaja-tam-panisko/ i słuchałam abpa Rysia: https://www.youtube.com/watch?v=BS1pDmi9WLw Trzeba się uczyć podejścia do człowieka od Jezusa. Ciągłe zadanie dla każdego z nas. Nie bez powodu, Jezus mówił, że Jego uczniów ma się rozpoznawać po wzajemnej miłości. Jeśli już na starcie ktoś otrzymuje opryskliwy ton lub czuje się, jakby ktoś pouczał go ze swojej wysokości, nie powinniśmy się dziwić, że taka osoba się z tym źle czuje i nie dostrzega głębi (sakrament jest ważny, nawet gdy ksiądz, który go sprawuje jest pospolitym chamem, tylko, że penitent dostaje wtedy antykatechezę, a księdzu się coś pomyliło w jego funkcji – jest sługą, a nie panem sakramentu).
      Zawsze proponuję po prostu szukać innego księdza. Całkiem podobnie do lekarzy i dentystów 😉

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.