Przejdź do treści

Po drabinie, a nie windą

Kilka dni temu mały, około dwuletni Jezus wraz z Maryją przyjmują gości ze Wschodu. Mędrcy kładą przed nimi złoto, kadzidło i mirrę, oddając pokłon Zbawicielowi wszystkich narodów. A dziś trzydziestoletni Jezus stoi nad brzegami Jordanu. Co wydarzyło się w międzyczasie?

Ewangelia w niewielu fragmentach mówi o życiu Jezusa – dziecka, nastolatka, młodzieńca, dorosłego mężczyzny. Ale to, co mówi wcale nie jest pozbawione treści i znaczenia. Myślę sobie nawet, że jest brzemienne w sens, który bardzo potrzebujemy odkryć na nowo. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi (Łk 2,52). Potem spotykamy dwunastoletniego Jezusa w świątyni Jerozolimskiej, skąd wraca do Nazaretu, będąc już psychologicznie oddzielony od rodziców. Jezus wyodrębnił się, uświadomił sobie swoją unikalną tożsamość, wyraźnie wskazał Maryi, że Jego misja jest oddzielną od misji Matki i Józefa. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany (Łk 2, 51). Posłuszeństwo Jezusa jest posłuszeństwem autentycznym, ale jednocześnie dojrzałym. Gdyby tak nie było, Jezus nie byłby w stanie przez całą swoją publiczną działalność, pozostać niezależnym od nacisków rodziny (por. Mk 3, 21), która miała prawo nie rozumieć Jego powołania. W innym miejscu Ewangelia wspomina, że Jezus pracował jako cieśla (por. Mk 6, 3). W zasadzie tylko tyle, ale jak za chwilę spróbuję wyjaśnić, aż tyle dowiadujemy się ze Słowa Bożego na temat około 28 lat Jego życia.

Ostatnio pisałam, że zdarzają się nam problemy z przyjęciem prawdziwego człowieczeństwa Jezusa. Myślę, że jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy, jest brak zgody na własne człowieczeństwo. A może niekiedy odwrotnie? Brak zgody na naturalne dojrzewanie własnego człowieczeństwa, rzutujemy na Jezusa? W każdym bądź razie, coś jest na rzeczy. Zdanie o czynieniu postępów w mądrości, latach i łasce u Boga i u ludzi trochę nam zgrzyta. Nie pasuje. Jak Bóg mógł czynić postępy, skoro Bóg jest doskonały? – może pojawiają się w nas take pytania. I znów zapominamy, że Jezus prawdziwy Bóg, był też prawdziwym człowiekiem. Że Jego człowieczeństwo rozwijało się dokładnie tak, jak nasze. Że było nam podobne we wszystkim oprócz grzechu. Oczywiście rozwój Jezusa w związku z tym przebiegał bez grzechów, ale czyniąc to zastrzeżenie, przez analogię warto rozważyć kilka wątków.

Skoro Jezus zaakceptował i przyjął, że życie ludzkie, a zwłaszcza rozwój człowieka nieodłącznie związany jest z procesem, o ileż bardziej my powinniśmy zaakceptować ten fakt we własnym życiu duchowym?  Życie człowieka, a w tym miejscu myślę także o życiu duchowym, bardziej przypomina wspinanie się krok po kroku, szczebel po szczebelku po drabinie, niż jazdę superszybką windą na szczyt wieżowca. Bez większych oporów akceptujemy proces w odniesieniu do wzrostu i rozwoju fizycznego naszego organizmu. Kiedy myślimy o psychicznym i duchowym dojrzewaniu, znacznie częściej czujemy opór. Potęgują go niekiedy błędne wyobrażenia na temat świętych. Ilu z nas postrzega ich życiorys jako pasmo zwycięstw, wielkich dokonań i samych wygranych w duchowych potyczkach? Widzimy w nich herosów, którzy już od kołyski śpiewali pobożne pieśni albo nawróconych w pewnym momencie swojego życia i odtąd jadących windą do nieba.

Taki obraz życia duchowego nie dość, że musi na wstępie zniechęcać (bo nasze doświadczenie życiowe jest zgoła odmienne), to jest po prostu nieprawdziwy. Większość świętych osiągnęło heroiczność cnót na drodze małych, ale wytrwałych kroków ku wyznaczonemu celowi. Na drodze przeplatających się porażek i zwycięstw, upadków i powstawania. Samo pojęcie cnoty nie oznacza nic innego, jak stałą dyspozycję do czynienia dobra. Nie osiąga się jej najczęściej w drodze oświecenia, czy uzyskania nadzwyczajnych darów. Takie sytuacje mają miejsce niezwykle rzadko. Nawet św. Augustyn, o którym niekiedy myślimy jako o nawróconym w jednej chwili i odtąd doskonałym, tak naprawdę przeszedł długi proces. Świadectwem jego duchowych zmagań do chwili nawrócenia są „Wyznania”. To prawda, że później cechował się stałością, ale nie osiągnął nawrócenia bez wysiłku i bez procesu. Cnoty zdobywa się na sposób sportowy. Nawet bardzo utalentowany zawodnik, nie ma od razu spektakularnych wyników. Aby coś stało się naszą stałą dyspozycją, naszym dobrym nawykiem, musimy wpierw to wielokrotnie powtórzyć. Nie bez powodu św. Paweł pisze: Wcale nie twierdzę, że już osiągnąłem przedmiot moich pragnień i że już jestem doskonały, lecz nie przestaję zdążać naprzód, bym mógł pochwycić wreszcie to, do czego zmierzam, bo sam już zostałem pochwycony przez Jezusa Chrystusa. Nie, bracia, wcale nie myślę, że osobiście już osiągnąłem cel mojego życia. Staram się bardzo usilnie o jedno: nie myśląc już o tym, co ze mną, skupiam całą uwagę na tym, co przede mną i zdążam wytrwale naprzód ku wyznaczonej mecie, po nagrodę, którą, według obietnicy Boga, mam otrzymać na wysokościach przez Jezusa Chrystusa. (Flp 3, 12-15).

W klasycznym ujęciu dzielono życie duchowe na trzy okresy, a ludzi w różnych etapach wędrówki ku świętości nazywano na przykład początkującymi, postępującymi i doskonałymi. Jednocześnie doświadczeni ojcowie duchowi unikali informowania swoich penitentów, na którym etapie są, nawet jeśli to przeczuwali. Zauważali jednak te prawidłowości. Podejrzenie budziło i budzić powinno, gdy świeżo nawróceni, twierdzą, że są doskonali, że już są o krok od celu. Często to tylko pozorne wrażenie świętości, oparte na nieznajomości siebie, negacji i wyparciu swoich problemów albo początkowej gorliwości. Gmach zbudowany na piasku, który będzie musiał przejść solidny kryzys. Dopiero w jego wyniku wyłoni się coś trwałego i dojrzałego. Innym razem to po prostu przejaw pychy. Św. Paweł w Liście do Tymoteusza prosi właśnie dlatego, aby nie ustanawiać biskupami czy diakonami neofitów (por. 1 Tm 3, 6. 10).

Myślę, że często niezrozumienie papieża Franciszka opiera się właśnie na naszej nieumiejętności odróżnienia ogólnych i niezmiennych zasad od ich pastoralnego zastosowania do konkretnej osoby. Nie mam tu w tej chwili na myśli konkretnych tekstów Franciszka, ale całość podejścia, sposób komunikacji. Konflikt ten nie jest w istocie między modernizmem i relatywizmem a wiernością Magisterium. To znacznie częściej konflikt między podejściem ogólnym a konkretnym, między amboną a konfesjonałem, między katedrą teologii a kierownictwem duchowym. Nie ma jednak sprzeczności między jasnym nazywaniem zła złem, fałszu fałszem i grzechu grzechem, a cierpliwością w podawaniu ręki temu, kto wspina się po drabinie duchowego rozwoju. Między mówieniem: to jest złe i cierpliwym podawaniem ręki, ilekroć drugi upada. Między stawianiem wymagań, a uwzględnianiem sytuacji osobistej, trudności i czasu, jakiego potrzebuje ta lub inna osoba, by je lepiej realizować. Katechizm Kościoła Katolickiego na przykład w odniesieniu do cnoty czystości wspomina jasno w punktach 2342-2343: Panowanie nad sobą jest zadaniem długotrwałym. Nigdy nie należy uważać, że zdobyło się je raz na zawsze. Zakłada ono wysiłek podejmowany we wszystkich okresach życia (Por. Tt 2,1-6). Wymagany wysiłek powinien być bardziej intensywny w pewnych okresach – gdy kształtuje się osobowość, w dzieciństwie i w młodości. W dziedzinie czystości znane są prawa wzrostu, który dokonuje się etapami naznaczonymi niedoskonałością i dość często grzechem. „Człowiek cnotliwy i czysty formuje się dzień po dniu, podejmując liczne i dobrowolne decyzje; dlatego poznaje, miłuje i czyni dobro moralne odpowiednio do etapów swojego rozwoju” (Jan Paweł II, adhort. apost. Familiaris consortio, 34).

Franciszek akcentując duchowe towarzyszenie zdaje się bardziej niż wywrotowca, przypominać pedagoga, który cierpliwie poprawia ucznia, aż ten po zabazgraniu całego zeszytu i dziesiątkach prób wreszcie zrozumie i samodzielnie rozwiąże zadanie. Nie oznacza to akceptacji błędów w zadaniu, ani bylejakości, lenistwa, braku starania. Kiedy sięgam do apoftegmatów Ojców Pustyni, nieraz natrafiam u tych mistrzów ascezy na bardzo indywidualne podejście do mnichów. Jednym podnosili nieustannie poprzeczkę, innym zabraniali wymagać od siebie więcej niż było to konieczne, widząc jakie pułapki na siebie zastawiają. W życiu duchowym zło nie zawsze przychodzi jawnie. Bywa, że ma pozór dobra, ascezy, świętości.

Bóg jest miłośnikiem procesu – lubił mówić ks. Grzywocz. Każdego dnia coraz bardziej lubię te słowa. Jezus sam przeszedł proces wzrostu w mądrości, w latach, w łasce u Boga i u ludzi. Ile już razy, myślałam, że rozumiem, że wiem, że osiągnęłam. Dziś patrzę wstecz z uśmiechem wyrozumiałości dla własnej niewiedzy, pychy, naiwności, czy po prostu błędów. I pewnie tak samo spojrzę na obecny czas za kilka, czy kilkadziesiąt lat. Jezus doświadczył procesu i właśnie dlatego miał ogromną cierpliwość do swoich uczniów. Gdy Jan i Jakub, synowie gromu, dzieci bez cierpliwości, oczekujące, że ludzie wjadą windą na szczyty świętości, żądali by ogień spadł z nieba na tych, którzy nie przyjęli Jezusa, uciszył ich. Był cierpliwy dla tych, którzy go nie przyjęli, ale i dla Jana i Jakuba. Lata później z syna gromu, Jan staje się kimś, kto z największą miłością i troską pisze swoje listy. Nie widać już w nich ciskania błyskawicami. A przecież nadal w jego sercu płonie gorliwość.

Mówił dalej: «Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo» (Mk 4, 26-29)

I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć”». (Łk 13, 6-9)

Miejmy taką cierpliwość dla naszych podopiecznych, dla tych, którym pomagamy w życiu duchowym. Miejmy ją także dla nas samych, gdy znów zsunie się nam noga i kolejny raz będziemy wchodzić na ten sam szczebelek duchowej drabinki…

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *